Życie Podkarpackie nr 29/2019 Życie Podkarpackie nr 29/2019

Życie Podkarpackie - informacje z regionu Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa, Przeworska

Życie.pl, nr 199/2019, Czwartek 18 lipca 2019 r., Kamila i Szymona
Opublikowano
Była sobie spółka
Spółka, o której mowa, powstała wiosną ubiegłego roku. Bez żadnych formalności, wpisów do krajowych rejestrów, zgłaszania fiskusowi i tym podobnych urzędniczych ceregieli.

Pierwsza urzędowa informacja o niej pojawiła się dopiero jesienią ubiegłego roku i miała formę notatki służbowej spisanej przez policjanta. Zacznijmy jednak od początku. Robert G., Andrzej K. i Leszek L. znali się z punktu skupu złomu, dokąd przywozili swój urobek, czyli żelastwo nazbierane po podwórkach i śmietnikach. W czasie rozmowy na tematy zawodowe któryś z nich pochwalił się, że wie, gdzie leży kilka solidnych kawałków żelaza pochodzącego z rozbiórki jakiejś maszyny. Problem był tylko w tym, że ważyło to za dużo jak na jednego, a złom trzeba było zabrać w miarę dyskretnie. Wtedy postanowili założyć spółkę. Jako aport jeden wniósł solidny wózek ręczny, drugi komórkę, którą można wykorzystać na podręczny magazyn, a trzeci wiedzę o miejscach, z których można pozyskać złom. Pierwsze wspólne przedsięwzięcie przyniosło im prawie trzysta złotych zysku, z czego większość przeznaczyli na bankiet wspólników. Kolejnym było wyniesienie z pewnego warsztatu (oczywiście bez zgody właściciela) kilku aluminiowych felg. Ponieważ aluminium nie jest takie ciężkie, zabrali jeszcze parę innych drobiazgów. Zysk, jak przystało na uczciwych wspólników, podzielili po równo. Oprócz działalności na rzecz spółki każdy z nich dorabiał sobie indywidualnie. Wyszperane żelastwo składali w komórce, każdy w swoim kącie i potem hurtowo wywozili. 

Zdarzały się przy tym kłótnie i takie awantury, że cała kamienica słyszała. Na początku października poszli na druty, które pracownicy geofizyki rozkładali po polach i lasach. Taki kabel przed sprzedażą trzeba opalić z izolacji, więc Andrzej, który dysponował działką rodziców, podjął się zadania. Potem, przy podziale zysku, zażądał za swoją pracę większej doli. Nie spodobało się to wspólnikom i jak zwykle w takich sytuacjach zaczęła się awantura. Ponieważ działo się to pod sklepem, na skwerku pełniącym rolę baru pod chmurką, świadków nie brakowało. Niezbyt trzeźwi wspólnicy, machając pięściami, nie przebierali w słowach i wszyscy mogli się dowiedzieć o ciężkiej robocie przy opalaniu kabla. Ktoś z postronnych osób wezwał policję i sprawa się rypła. Policjanci pogorzelisko na działce i złom w komórce potraktowali jako dowody rzeczowe, resztę dopowiedzieli obciążający się nawzajem wspólnicy i to był koniec spółki.
jot
nr 29/2019
E-wydanie
elektroniczna wersja
"Życia Podkarpackiego"
w formacie PDF
przeglądaj
Przejdź na wersję Premium
dostęp do pełnych wersji artykułów
e-wydanie
prenumerata wydania papierowego
sprawdź wersję Premium