Życie Podkarpackie nr 49/2016 Życie Podkarpackie nr 49/2016

Życie Podkarpackie - informacje z regionu Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa, Przeworska

Życie.pl, nr 345/2016, Sobota 10 grudnia 2016 r., Julii i Daniela
Opublikowano
List otwarty mieszkańców do prezydenta Chomy
W ubiegłym tygodniu pisaliśmy o brutalnym pobiciu trzech mieszkańców Przemyśla, do którego doszło wieczorem, 30 stycznia, na ulicy Dworskiego. We wtorek, 9 lutego, dotarł do redakcji list otwarty, skierowany w tej sprawie do prezydenta miasta. Publikujemy też odpowiedź na list, którą otrzymaliśmy z Kancelarii Prezydenta Miasta.
fot. zbiory własne

„Szanowny Pan Robert Choma, Prezydent Miasta Przemyśla,

W imieniu zaniepokojonych obywateli miasta zwracamy się do Pana Prezydenta z zapytaniami dotyczącymi poziomu bezpieczeństwa w naszym mieście. Informujemy, że w dniu 30.01.2015 r. (piątek, ok. g. 23) na ulicy Dworskiego przy Centrum Kulturalnym w Przemyślu grupa zakapturzonych napastników, stojących przy bramie wjazdowej na parking CK, zaatakowała przypadkowe osoby wychodzące z koncertu szantowego. Ofiarami pobicia są mężczyźni w wieku ok. 50 lat, spokojnie wracający do domu z poczuciem bezpieczeństwa – jak widać złudnym. W konsekwencji jeden z pobitych uczestników koncertu ma od uderzeń i kopnięć liczne obrażenia twarzy, pleców i nóg, a najciężej poszkodowany przebywa w szpitalu wojewódzkim z pęknięciem czaszki i krwiakiem podczaszkowym. Zdarzenie nie było związane z porachunkami pseudokibiców, napad nie był sprowokowany, a pobici to osoby znacznie starsze od napastników. Okoliczności zdarzenia wskazują, że był to raczej rodzaj „rozrywki” chuliganów, którzy napadają na przypadkowe osoby i czują się bezkarni. Jako obywatele zostaliśmy pozbawieni poczucia bezpieczeństwa i przekonania, że Przemyśl to przyjazne miasto, które można przejść bezpiecznie na piechotę, niezależnie od pory dnia.

 Oczekujemy odpowiedzi na następujące pytania:

Czy jest opracowany plan współdziałania instytucji i służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo mieszkańców, ze szczególnym uwzględnieniem zadania likwidacji grup chuligańskich, pseudokibiców? Jeśli tak, gdzie można się z nim i efektami jego realizacji zapoznać?

Jakie działania zostaną podjęte celem poprawy bezpieczeństwa mieszkańców, skoro dotychczasowe są niewystarczające?

Czy i w jakiej formie społeczność lokalna jest informowana o istniejących zagrożeniach?

Gdzie można uzyskać informacje, ile tego typu zdarzeń ma miejsce w Przemyślu, jakie miejsca są najbardziej niebezpieczne, a także jaka jest wykrywalność sprawców i ponoszone przez nich konsekwencje?

Jakie kroki podejmują prewencyjnie służby porządkowe w celu ochrony obywateli przed grupami chuligańskimi?

Z poważaniem

mieszkańcy Przemyśla (30 podpisów)”
artykuł premium
Przeczytałeś tylko fragment tekstu.
Chcesz mieć dostęp do pełnej treści tego i wszystkich
innych artykułów na Życie.pl?
Przejdź na wersję Premium
już od 5,99 zł miesięcznie
Masz już wykupiony dostęp? zaloguj się
Co otrzymasz w wersji Premium?
Dostęp do pełnych wersji wszystkich artykułów
Dostęp do e-wydań
Dostęp do ogłoszeń drobnych z gazety Życie Podkarpackie
Rabaty przy prenumeracie
Dowiedz się więcej
11 Komentarzy
user
skomentuj
Komentujesz jako:
user
AHA 176.107.117.19 11.02.2015
Witam! Podpisuję się również pod tym listem, chociaż nie za bardzo wierzę, że coś się zmieni, sprawa zostanie umorzona z powodu braku dowodów. Podobne zdarzenie miało miejsce też przy ul Dworskiego, róg Smolki ok 3 lat temu, tylko że wczesnym ranem. Dla zabawy pobili mojego ojca, ot tak,o nic nie pytali, tylko od razu atak z pięściami i kopanie, z licznymi złamaniami kości twarzy i nie tylko, został przewieziony do rzeszowskiego szpitala. Policja z braku dowodów umorzyła sprawę. Życzę panom szybkiego powrotu do zdrowia!
user
Aga 185.38.224.2 11.02.2015

Dziękuję za komentarz w imieniu autorów listu. Jak widać, nie są to "incydentalne przypadki agresji", tylko realne zagrożenie niewinnych przechodniów. Kto jeszcze podpisuje się pod naszym listem? Kto zna podobne "incydenty"?

user
MIESZKANIEC 83.31.120.198 11.02.2015

PRZEMYSL JUZ DAWNO PRZESTAL BYC MIASTEM PRZYJAZNYM I BEZPIECZNYM!!!!!! SZKODA ZE W MIESCIE JEST POLICJA I STRAZ MIEJSKA!!!!! MOZE TE SLUZBY TYLKO SPIA!!!!!

user
ten co nocą bywa na mieście 31.182.86.222 11.02.2015

Proszę Państwa, jeśli ktoś nie wie gdzie są patrole Policji (zarówno umundurowane jak i tajniacy), to ja Wam podpowiem gdzie ich szukać nocą. Otóż, pętla autobusowa na Kmieciach, rampa kolejowa równoległa do ul. Nestora, ewentualnie pętla autobusowa przy ul. Słowackiego lub zatoczka przy ul. Grunwaldzkiej (tam gdzie kiedyś był EGER). Miejsca jak widać raczej spokojne, można przedrzemać (oczywiście nie wyłączając silnika radiowozu bo i po co, przecież, to państwowe paliwo) nie narażając czterech liter, byle służba jakoś zleciała. No chyba, że ktoś ośmieli się przerwać  odpoczynek f-szy dzwoniąc pod 997, ale żeby tak z własnej inicjatywy zaglądnąć w najgroźniejsze zakątki P-śla; nie takiego poświęcenia nie oczekujmy.  A patrole piesze? Bez żartów, przemyskie policmajstry bez samochodu w teren NIGDY nie ruszają, chyba, że przyślą młodych na praktyki, ale to raczej rzadko się zdarza.Jedynie Straż Miejska raczej sumiennie pełni swoje obowiązki, ale nie jest to formacja, która mogłaby podjąć walkę z taką gangreną jaka zamieszkuje Dworskiego, Mickiewicza, Smolki i Słowackiego.

user
Przemyślanin 31.182.83.22 11.02.2015

Ale tak postepują bo się nudzą , bo nie rozumiem z kąd młodzi bez pracy mają kasę na alkohol i szlajanie się po nocach.Patologię trzeba wytępić i to w bardzo brutalny sposób.A pseudo patrole to nie chcą wchodzić w te zagrożone miejsca . BRAWOOO podwyżki służbom mundurowym

user
arko 82.160.152.51 22:25:46 29-03-2015

Na szlajanie sie po nocach chyba nie potrzeba kasy. Zresztą skąd wiesz, że nie mają pracy

user
1970 31.182.83.22 11.02.2015
To już wiecie dlaczego są służbowe samochody z kierowcami dla elit i odwożące "patrole" swoich kolegów , żeby przypadkiem sami nie oberwali .
user
prawda w oczy kole 83.6.159.242 14.02.2015

Bogdan Huk na łamach pisma mniejszości ukraińskiej "Nasze Słowo" oburza się, że Polacy protestują przeciw symbolice OUN-UPA. Sprzeciw Polaków wobec niej porównuje do stalinizmu i hitleryzmu. Oburza go nawet sformułowanie "Polski Przemyśl".
Kanwą artykułu Huka jest skandal związany z ekponowaniem barw OUN-UPA przez pochodzących z Ukrainy studentów jednej z przemyskich uczelni. Jak twierdzi barwy te to symbol "nowoczesnego ukraińskiego patriotyzmu". Twierdzi również, że "w Przemyślu w stosunku do Ukraińców nastrój panuje taki, jak w ZSRR za Stalina". Pisze o "przemyskim rezerwacie im. Berii".

Choć trudno w to uwierzyć, nie są to najbardziej bulewersujące fragmentu artykułu Huka. Okazuje się bowiem, że nawet hasło "polski Przemyśl" jest dla publicysty ukraińskiej mniejszości nie tylko nieprawdziwe ale wręcz szkodliwe, jako współgrające rzekomo z rosyjską proagandą - "młodzi mieszkańcy Przemyśla lub Przeworska mówią to samo co Putin. Na przykład, w dniu 23 października na pikiecie "Przemyśl - to Polska", "Przemyśl zawsze polski!". Następnego dnia prezydent Federacji Rosyjskiej podczas spotkania z intelektualistami powiedział: "Lwów był polskim miastem"... Głos z Kremla usłyszano w Polsce, a głos z Polski usłyszano na Kremlu. Imponująca harmonia".

Pytanie księdza Isakowicza-Zaleskiego o to jak jest możliwe, że sympatycy OUN-UPA dostają Karty Polaka i studiują za darmo w Polsce Huk określa jako "powtórkę segregacyjnego nazizmu".

Oburzają go również sformułowania jednej z przemyskich studentek, która określiła siebie jako pochodzącą z Kresów. Według Huka Kresy to "polski segregacyjny konstrukt i praktyka przemocy do 1939 roku" oraz "ideologia "Kresów" jest blisko faszyzmowi"

user
Poirytowany 178.43.90.168 21.02.2015

Choma nic nie zrobi, on wozi 4 litery w swoim służbowym volvo, nie nadstawia karku w ciemnych uliczkach w godzinach wieczornych i albo nie wie jak jest na Dworskiego, Smolki, Czarnieckiego, itd., albo go to nie obchodzi. Ale jakby to Jędrusiowi (synowi Chomy) ktoś poskakał po głowie i odesłał go do szpitala z pękniętą czaszką, zaraz by sie zabrał za kwestie bezpieczeństwa i postawił policję na nogi. A że spotyka sie z Komendantem KMP i Komendantem SG u Michalika na brydżu to nie miałby z tym żadnego problemu. Chcecie poprawy bezpieczeństwa - dotknijcie tych na samej górze, zaraz się znajdą środki i metody do walki z huliganami.

user
fgjhn 178.43.101.135 07.03.2015

przesadzacie, to miasto umarlo już i jest cicho jak na cmentarzu albo w kościele których mamy duuuuzzzzooooo.......

user
Przemyśl to 79.191.111.50 08.03.2015

Luty 1998

MIAŁO BYĆ CICHO I SPOKOJNIE

Lipiec, parne popołudnie, łączka cmentarza Ukraińskiej Halickiej Armii w podprzemyskich Pikulicach. Przyszło ze trzy setki ludzi, choć ksiądz mitrat Stefan Dziubina spodziewał się, że będzie znacznie więcej. Stoją nad dwiema świeżymi mogiłami. Patrzą na brzozowe krzyże i blaszane tabliczki: „Tu spoczywają ukraińscy powstańcy polegli (straceni) za wolną Ukrainę”. Na treść napisu zgodzili się i Ukraińcy, i Polacy. Kiedy tak wpatrują się w zapisane cyrylicą nazwiska zmarłych, do księdza Dziubiny podchodzi jakaś kobieta. „Jestem dziennikarką z telewizji — przedstawia się. — Z jakiej to bandy byli ci, których dziś chowamy?”.
— I to mnie strasznie zezłościło — wyznaje ksiądz. — Minęło z górą pół wieku, a Polacy ciągle mówią o Ukraińcach to samo. Nie jest bandytą ten, kto oddaje życie za wolność swojego narodu i ojczyzny.
Nawet gdyby na pikulickim cmentarzu nikt nie zadał księdzu takiego pytania, zapewne i tak powiedziałby to, co powiedział. Rocznik 1913, patrzy uważnie zza grubych szkieł, niewysoki, z wysiłkiem stawia drobne kroczki. Lecz mówi silnym głosem, nie ma kłopotów z odszukaniem w pamięci ważnych faktów i detali. Wiernie cytuje fragmenty przeczytanych książek oraz homilie, które niegdyś wygłosił.
Mitrat mówił w Pikulicach o ukraińskich nieszczęściach i polskim okrucieństwie: „Kiedy po ostatniej światowej wojnie powstała komunistyczna
Polska, to ówczesna polska władza chciała pozbyć się wszystkich Ukraińców z Polski. Zaplanowano przesiedlenie do ZSRR, a kiedy ludzie nie chcieli jechać do sowieckiego raju, to wtedy siłą wywieziono prawie pół miliona ludzi z ich rodzimych ziem. To było wielkie bezprawie, bo to nie byli ukraińscy koloniści na polskich ziemiach, ale ludzie, którzy żyli tu na swoich odwiecznych ziemiach, siłą zagarniętych przez Polskę. Do tego bezprawia nie chciała dopuścić UPA, broniła bezbronnych, tysiącami mordowanych tylko za to, że urodzili się Ukraińcami”.
Według przemyskiej prawicy jego homilia pełna była treści jątrzących, jadowitych, nawołujących wręcz do rewizji granic.
Od pikulickich uroczystości minęło kilka tygodni, a ksiądz Dziubina, jakby zachęcony kazaniem, dał wywiad tygodnikowi „Angora”. Powtórzył w nim wszystkie tezy homilii i dodał kilka nowych.
— Robię to w imię zgody między naszymi chrześcijańskimi, wielkimi narodami — powiada.
Sposób pojednania zaproponowany przez księdza bardzo boli.
Bój o godny pochówek szczątków dwudziestu ośmiu upowców poległych pod Birczą w styczniu 1946 roku oraz dziewiętnastu Ukraińców
rozstrzelanych przez UB następnego roku w Lisznej za „usiłowanie oderwania południowo-wschodniej części terytorium państwa polskiego”
zaczął się przed dziesięciu laty, gdy wreszcie o tych sprawach można było mówić względnie normalnym językiem. Polscy i ukraińscy negocjatorzy
wielekroć spierali się o miejsce spoczynku partyzantów i treść napisów na nagrobkach. Problem czterdziestu siedmiu ciał stawał nawet podczas
spotkań polskich i ukraińskich ministrów. Rozmawiano tak długo, że gdy wreszcie znaleziono niedoskonały kompromis, nikt się nie cieszył. Na
uroczystościach zabrakło przedstawicieli władz Polski i Ukrainy, Związku Ukraińców w Polsce, nie było większości rodzin ani towarzyszy broni
poległych.
Pogrzeb rozstrzelanych w Lisznej nie budził większych emocji. Gdy przed ośmiu laty wyciągano z ziemi zmurszałe kości, organizacje patriotyczne i
narodowe szykowały wielką galę; w świat poszła wieść, że odkopano zamordowanych przez komunistów żołnierzy polskiego podziemia. Lecz
kiedy wyszło na jaw, że to Ukraińcy (odkopano kolczyki należące do Rozalii Minko skazanej na śmierć za zbieranie ziół; sąd doszedł do wniosku,
że z ziół powstaną leki dla upowców), zapomniano o okazałym pogrzebie, szczątki zapakowano w plastikowe worki i ułożono na półkach
rzeszowskiego zakładu medycyny sądowej.
Za to plany pochówku poległych pod Birczą wywołały masowe protesty. Mieszkańcy miasteczka nie godzili się nawet na ekshumację zwłok
leżących pod klepiskiem na podwórku jednego z domów. Na spotkaniach wołali: „Na Ukrainę z nimi! To bandyci! Dzieciom brzuchy rozpruwali”.
Ukraińcom zaś uwłaczało, że powstańców każe się pogrzebać daleko od rodzinnych stron, choć w Birczy jest cmentarz greckokatolicki.
Pikulicka uroczystość miała być cicha, spokojna, bez emocji wystudzonych upływem czasu.
„Błogosławiony ten, co swoje życie oddaje za przyjaciół — ksiądz Dziubina nawiązał do Ewangelii według świętego Jana. — Wszystkie
cywilizowane narody pamiętają o tych, którzy oddali swoje życie za przyjaciół, i oddają im należną cześć, bo to są narodowi bohaterowie. Często
jednak narodowych bohaterów nazywają bandytami [...]. To jest fakt, że o nas, Ukraińcach, a w szczególności o UPA, napisano i powiedziano
bardzo dużo nieprawdy. Ogół polskiego społeczeństwa bardzo mało wie, jak te sprawy rzeczywiście wyglądały. To jest przyczyną wielkiej
niechęci, a czasem i nienawiści do nas. Z Bożego nakazu każdy ma obowiązek kochać swój naród, ale nigdy i nikomu nie wolno kochać swojego
narodu z krzywdą innego narodu. Bo wtedy to nie jest szlachetny patriotyzm, ale bardzo grzeszny szowinizm, jeden z najcięższych grzechów.
Niestety, nasi sąsiedzi bardzo często kochali swój naród z wielką krzywdą naszego ukraińskiego narodu i dlatego było tak wiele ofiar. Było tak
wiele ofiar, bo Polacy nie chcieli po chrześcijańsku, po bożemu się dogadać”.
Ksiądz Dziubina wyliczył ukraińskie wioski w Przemyskiem, Lubelskiem, Bieszczadach i Beskidzie, które padły ofiarą polskich pacyfikacji, policzył
ofiary, w tym sześćdziesięciu greckokatolickich kapłanów zamordowanych wraz z rodzinami, przypomniał cerkwie zamieniane na klozety, obóz
koncentracyjny w Jaworznie, gdzie uwięziono cztery tysiące jego rodaków, przymusowe wysiedlenia do ZSRR i Akcję „Wisła”, cierpienia
łemkowskich osad, które nigdy nie wspierały UPA. Rachował: „Na całym terenie dzisiejszej Polski zginęło pięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu
Polaków. Proszę porównać: Polaków zginęło niecałe sześćset osób, a Ukraińców około ośmiu tysięcy, a niektórzy mówią, że i ponad dziesięć
tysięcy. A więc kto mordował?! Kto kogo mordował, pytam! A mówi się zwykle, że nie Polacy Ukraińców, ale Ukraińcy masowo mordowali
Polaków. A to jest oszczerstwo [�]. Polacy także ponieśli wielkie ofiary, głównie na Wołyniu, tylko dlatego, że ich przywódcy nie chcieli
zrozumieć, że Ukraińcy mają takie same prawo do wolności i do niepodległego państwa na swoich rodzimych, etnicznych ziemiach jak Polacy na
swoich ziemiach. I z tej przyczyny brutalnie odrzucili proponowaną zgodę i wspólną walkę przeciw temu samemu wrogowi”.
Ksiądz Dziubina opisał tak wołyńskie masakry, gdyż wcześniej w kazaniu przytoczył pewien dokument. „Kierownictwo polskiego podziemia —
mówił — zachęcone przez rząd emigracyjny z Londynu, zaślepiony marzeniami o rozszerzeniu swoich państwowych granic po wojnie,
przeciwstawia się ukraińskim narodowym, wyzwolicielskim zmaganiom, kontynuuje wiarę w skuteczność pogromów i nienawiść do Ukraińców.
Jak przykro, ale na odezwę ukraińskiego podziemia do przymierza Polacy odpowiedzieli: ŤGłupie, bezczelne, chamskie brednie. Chamom zdaje się,
że potrafią zrealizować swoje hajdamackie plany. Nie doczekacie się, gady, tej realizacji. Nie będzie nigdy Ukrainy w Polsce. Przysięgamy wam to
na Boga. Zostać będą mogli z nami ci, co zejdą na drogę pokuty i opamiętania. Reszta za Zbrucz! Jeśli nie uczynicie tego dobrowolnie,
zaświecimy wam pożogę, którą zapamiętacie do końca dni waszychť. Ta brutalna odpowiedź z jej świętokradczą przysięgą przed Bogiem była
później przyczyną okrutnej śmierci tysięcy niewinnych ludzi z obu stron. Bo ginęli całkiem niepotrzebnie i Polacy, i Ukraińcy zmuszeni do walki z
Polakami”.
— Kazanie narobiło szumu — uważa ksiądz Dziubina. — Ale mam nadzieję, że zaowocuje pozytywnie. Moje największe marzenie to prawdziwe
pojednanie. Dawniej było to niemożliwe: Polacy, pany, mieli nas za chamów. Teraz możemy to zrobić. Ale musicie się dowiedzieć, jak było.
Pokazałem homilię ojcu Markowi Skórce, prowincjałowi zakonu bazylianów. Kawa dawno już zdążyła wystygnąć, gdy ojciec Skórka odłożył
kartki.
— O Boże — westchnął z rezygnacją.
— Dlaczego ksiądz Dziubina to powiedział? — spytałem i na chwilę zaległa cisza.
— Wiem i nie wiem — odrzekł ojciec Skórka. — Niech pan zauważy, że ksiądz Dziubina w zasadzie nie powiedział nieprawdy.
Urodził się w Gładyszowie, łemkowskiej wiosce przy słowackiej granicy, skończył polskie gimnazjum. Wracając myślami do przedwojnia, opisuje
Łemkowszczyznę i tamtejsze polsko-ukraińskie stosunki jak sielankę. Kłóci się to nieco z obrazem panów i chamów, z wyrokiem dziesięciu
miesięcy aresztu za „propagowanie ukrainizmu”, z donosami urzędników, że wypożycza dzieciom ukraińskie książki, ale wspomnienia z młodości
mają swoje prawa.
W 1938 roku uzyskał w przemyskim seminarium święcenia kapłańskie, pracował w wioskach pod Krynicą. Wojna nie zostawiła w jego pamięci
zbyt okrutnych śladów, choć z okolic Lwowa, z Przemyskiego, Bieszczad, nawet z nieodległego Beskidu dochodziły straszliwe wieści. W 1947
roku dowiedział się, że będą wywozić na Wschód rodzinny Gładyszów. Pojechał do Gorlic; Łemkowie, którzy nigdy nie widzieli upowskich sotni,
już tłoczyli się w bydlęcych wagonach. Był w cywilnym ubraniu, ale ludzie znali go, pytali, co z nimi będzie. Chciał odpowiedzieć, lecz nie umiał.
Przestał na rampie ze dwie godziny, dodając otuchy. Kręcący się wokół ubecy kilka razy zrobili mu rewizję. Wreszcie wagony ruszyły, a do
Dziubiny podszedł jakiś cywil.
— Kim pan jest? — zapytał.
— Księdzem.
— Jakim księdzem?
— Greckokatolickim.
Dwa tygodnie przesiedział na korytarzu w gorlickiej komendzie UB, słuchał jęków torturowanych. Wreszcie ktoś się nim zainteresował.
— Wiemy, że ksiądz jest niewinny. Pójdzie ksiądz do domu w zamian za współpracę.
— Nie mogę — odrzekł.
Z Gorlic trafił do obozu w Jaworznie, siedział z ludźmi, których jedyną zbrodnią była narodowość i wyznanie. Więźniowie puchli z głodu, bo
strażnicy sprzedawali racje żywnościowe na czarnym rynku, szerzyły się choroby. Ksiądz patrzył bezradnie, jak z ukraińskich baraków codziennie
wynoszono trupy. Sam również marniał w oczach, wyrwali go śmierci lekarze z niemieckiej części obozu, Ślązacy, a może volksdeutsche. Przez rok
był pomocnikiem w szpitalu. Do ubeckiej wizyty.
Koło południa elegancki funkcjonariusz oznajmił jak ubek z gorlickiego komisariatu:
— Przyjechałem księdza zwolnić. Wiemy, że ksiądz nic nie zrobił. Ale nic za darmo. Musi ksiądz podpisać współpracę.
— A pan, będąc na moim miejscu, zrobiłby to? — spytał Dziubina.
Odpowiedzią był krzyk: — Zgnijesz w obozie!
Ksiądz siedział jeszcze pół roku.
— Ufałem, że w moim uwięzieniu jest jakiś zamysł — wspomina. — Powtarzałem: niech się, Ojcze z nieba, dzieje wola Twoja. W szpitalu mogłem
spowiadać, przygotowywać ludzi na śmierć. To dodawało sił, choć gdy patrzyłem na niedolę niewinnych, łzy same się lały. Głodzili nas, męczyli,
wielu poszło na współpracę z UB. Wyszedłem bardzo wyniszczony, podobnie jak inni więźniowie, ale myślę, że moralnie przetrwałem.
Jaworzno naznaczało uwięzionych na resztę życia. Bo i trudno, by było inaczej.
Gdy ksiądz Dziubina wreszcie stanął za bramą obozu, medale rozdane za Akcję „Wisła” zdążyły już pośniedzieć, a kamienne kapliczki w
wysiedlonych łemkowskich wsiach ginęły w gęstych olchach. Sto pięćdziesiąt tysięcy Ukraińców i Łemków rozproszono po Ziemiach
Odzyskanych; mieszkali tam otoczeni nienawiścią i mitem rezunów.
— Nie można opisać tamtego strachu — opowiada ojciec Skórka. — Ludzie bali się władzy, sąsiadów, uciekali przed swoim językiem, obyczajami,
cerkiewnym obrządkiem. Jeszcze niedawno pojawiał się u nas pewien duchowny, Ukrainiec wyświęcony w naszym Kościele. Po wojnie przeszedł
na obrządek łaciński, uciekał od wszystkiego, co ukraińskie, jego strach graniczył z obłędem. No, ale przeżył Leżajsk.
— Leżajsk?
— Przez lata myślałem, że Leżajsk to synagoga, grób cadyka, pielgrzymki chasydów. Lecz niedawno jechałem z generałem naszego zakonu z
Przemyśla do Warszawy i ojciec Izydor Patryło zaproponował: Pojedźmy do Leżajska na grób mojej mamy. Do wojny w miasteczku była cerkiew,
liturgię odprawiano po ukraińsku, kazania wygłaszano po polsku, bo mało kto z wiernych rozumiał język, to był kres ukraińskiego świata. W
czterdziestym piątym wszedł do miasteczka poakowski oddział Narodowego Związku Wojskowego Józefa Zadzierskiego, „Wołyniaka”. Zabili
siedemdziesiąt osiem osób.
„Wołyniak” słynął z okrucieństwa, ma na sumieniu kilkaset ukraińskich ofiar, zastrzelonych, duszonych drutem kolczastym, krzyżowanych,
topionych. Istnieją poszlaki, że kierownictwo organizacji Wolność i Niepodległość, choć niechętne Ukraińcom, zachęcało UPA do zniszczenia
jego oddziału.
Po obozie ksiądz Dziubina nauczył się obrządku łacińskiego. W Warszawie był kapelanem sióstr szarytek. Chciał robić doktorat z prawa, lecz
musiał wyjechać z Warszawy, z jego obecnością nie mogli pogodzić się rzymskokatoliccy kapłani. W 1952 roku przyjechał do Słupska, znów był
kapelanem u sióstr. Pięć lat później w świątyni rzymskokatolickiej odprawił pierwsze po wojnie nabożeństwo w obrządku wschodnim. Wówczas
był jedynym greckokatolickim księdzem na cztery województwa. Jeździł po całej Polsce, prowadził ponad dwadzieścia placówek duszpasterskich,
sam zarządzał kancelarią, korespondował z Rzymem, słał pisma, by Ukraińcy byli chrzczeni i chowani po ukraińsku, domagał się zwrotu cerkwi
zamienionych w kościoły.
— Naród przywiązany do obrządku, kiedy nie mógł słuchać nabożeństw we własnym języku, przechodził na prawosławie — mówi. — A tych, którzy
stali przy religii, księża rzymscy ciągnęli na swoją stronę, utrudniali, jak mogli, mieli nas za schizmatyków. Pamiętam Wielkanoc wiele lat temu.
Pod świątynią zebrało się ze trzystu wiernych, ale kościół zamknięty, stoimy jak dziady, proboszcz urąga, że nigdy nas nie wpuści. Na nic się
zdało pismo od biskupa, że mogę odprawiać po naszemu. Nie wpuścił, bo miał nas w pogardzie. Nie mówiłem kazań politycznych, to mnie nigdy
nie interesowało. Chodziło mi jedynie o to, by utrzymać Ukraińców przy Cerkwi, języku i obyczajach.
Starsi Ukraińcy mówią, że nikt tak wiele dobrego dla nich nie zrobił jak ksiądz Dziubina.
— Nie mieliśmy własnej hierarchii, nie odbywały się większe nabożeństwa — opowiada ojciec Skórka. — Lecz kiedy zjawiał się Dziubina, ludzie czuli,
że msza nabiera większego znaczenia. Zawsze w mitrze, z pastorałem, mówił po ukraińsku. Jego przyjazd podnosił prestiż wydarzenia, nawet
ludzie na bakier z religią szli do cerkwi. Na odpusty w Białym Borze, w Trzebiatowie przyjeżdżało po kilka tysięcy wiernych.
Pewnie dlatego prymas Stefan Wyszyński mianował go wikariuszem generalnym grekokatolików w Polsce.
A jednak była w mitracie jakaś przedziwna podwójność. Pierwsza postać greckokatolickiego Kościoła, strażnik historii, języka i liturgii, a mieszkał
u łacińskich sióstr. Gdy stawał przed wiernymi, uosabiał dostojeństwo i powagę wschodniego Kościoła, jego słowa pocieszały strapionych,
dawały nadzieję. Lecz mało kto przypuszczał, że on sam również czerpał siłę z bezsilnych, bo bywało, że kiedy w słupskim klasztorze urszulanek
odwiedzali go wierni, prosił, by mówili po polsku.
Niektórzy uważali, że to nieuzasadniona ostrożność; wszak Dziubina, gdy było trzeba, potrafił domagać się praw dla grekokatolików nawet u
Prymasa. Inni — że w prośbach księdza pobrzmiewa echo Jaworzna. Ci właśnie szanowali go jeszcze bardziej, bo nie jest łatwo postawić patriotyzm
ponad lękiem.
U schyłku lat siedemdziesiątych Dziubina zamieszkał w Przemyślu. Spacerował po mieście znajomym z lat młodości i nie mógł pojąć, co się w nim
stało. Na domach hasła o socjalistycznej wydajności pracy, a na murach — tryzuby na szubienicy. Przez okno mieszkania oglądał napisy: „Psy
ukraińskie na Ukrainę”, „Ukraińcy do gazu”. Ukraińców mieszkało w Przemyślu kilka tysięcy.
Wówczas doszedł do wniosku, że Polacy nie mają pojęcia, co działo się za linią Curzona, i że tylko prawda otworzy im oczy oraz że
prześladowania Ukraińców nadal trwają.
— W 1981 roku — mówi — przybyła do mnie delegacja Łemków z krynickich wiosek. Rozżaleni skarżyli się, że łaciński kler nie zezwala na odprawianie
nabożeństw w greckiej tradycji, na dodatek w świątyni, która wcześniej była naszą własnością. Wystosowali list do Jana Pawła II, lecz nie mieli
odwagi go podpisać. Powiedziałem, że Papieżowi nie wolno wysyłać anonimów. Podpisałem list, dodając od siebie: „Teraz jest w Polsce
prześladowanie, jakiego nie zna historia Kościoła katolickiego, bo prześladowanie katolików przez księży i biskupów katolickich”. Hierarchowie
dostali kopie listu nie z Watykanu, lecz od SB. Z dnia na dzień zostałem ich wrogiem.
Podobno biskup tarnowski Jerzy Ablewicz wściekł się; wszak pismo dotyczyło jego diecezji i jego decyzji. Ponoć biskup przemyski Ignacy
Tokarczuk groził mitratowi poważnymi konsekwencjami. Gdy zmarł prymas Wyszyński, Dziubina przestał być wikariuszem generalnym, pożegnał
się — jak mówi — z marzeniami o biskupiej czapie, choć w owym czasie w oczach ukraińskiej społeczności nie było kapłana godniejszego tego
zaszczytu.
Niektórzy Ukraińcy twierdzą, że Dziubina za bardzo podkreślał narodową odrębność Kościoła greckokatolickiego i dlatego nie został biskupem.
Ale są i tacy, którzy mówią, że starzejący się kapłan przestał rozumieć Kościół, młodszy, prący do przodu po latach uśpienia. Wszyscy uważają,
że odwołanie go z funkcji wikariusza generalnego było mocnym ciosem dla ambicji księdza. I że publiczne dowodzenie, jakoby biskupi dostali list
od SB, jest co najmniej niezręcznością.
Nie można jednak wykluczyć, że jakiś esbek rozesłał biskupom kopie przechwyconego pisma z nadzieją, że wywoła swary wewnątrz Kościoła.
Jeśli był taki plan, powiódł się znakomicie.
Kilka lat temu Dziubina spisał wspomnienia. Nie oszczędzał w nich Polaków, ale także i Ukraińców, dał portret pewnego księdza, który poszedł na
współpracę z UB.
— Tyle że zapomniał napisać, iż ów ksiądz siedział kilka lat w stalinowskim więzieniu — mówi ojciec Skórka. — Znałem go, wiem, że nie donosił. Był
człowiekiem uczciwym. W książce nie ma nad postacią tego księdza ani słowa zadumy. Ksiądz Dziubina pisze prawdę, ale tak prawdy pisać nie
można.
Książkę Dziubiny czytała również profesor Maria Szeptycka, Polka obrządku greckokatolickiego, stryjeczna wnuczka metropolity Kościoła
greckokatolickiego Andrija Szeptyckiego. Napisała do autora list z podziękowaniami za książkę.
— To rzecz bardzo gorzka, pełna bólu — mówi. — Ale uważam, że ktoś, kto przeżył Jaworzno, ma prawo tak pisać.
W 1997 roku, w pięćdziesiątą rocznicę Akcji „Wisła”, Maria Szeptycka słuchała księdza Dziubiny po raz ostatni. Mszę odprawiano w
jaworzniańskim lesie. W homilii było coś, co sprawiło, że nie wysłuchała jej do końca. Wyszła z mszy wściekła, obecni w Jaworznie bazylianie
przepraszali ją i pocieszali.
— Pojechałam tam — wspomina Maria Szeptycka — by pomodlić się za zmarłych i prosić o pojednanie. Nie udało się, zabrakło atmosfery namysłu i
skupienia. Wiem, że Polacy i Ukraińcy mają sobie wiele do powiedzenia, ale nie powinni stawać naprzeciw siebie i mówić: To wy byliście gorsi.
Kiedyś byłam na obiedzie w łacińskim klasztorze. Ktoś zaczął opowiadać o hajdamakach, a może taki był kontekst jego wypowiedzi. Wstałam od
stołu, bo nie zgadzam się, kiedy obraża się Ukraińców. Tak samo, gdy Polakom wmawia się, że całe zło jest naszym dziełem.
— Kiedyś było bardzo ważne — opowiada ojciec Skórka — że przed Ukraińcami stawał ktoś obdarzony autorytetem, kto umiał i miał odwagę
przypomnieć nieszczęścia. Ale czasy się zmieniły, dziś nie można mówić prawdy tak, by reakcją były łzy ludzi nam życzliwych.
Homilia Dziubiny trafiła do rąk Andrzeja Zapałowskiego, posła KPN-Ojczyzna. Poseł poczuł się w obowiązku rozesłać kopie przemowy do gazet i
władz państwowych. Przesyłki opatrzył listem przewodnim: „Z uwagi na miejsce i osobę, która wygłaszała przemówienie (dostojnik Kościoła
ukraińsko-bizantyjskiego), uważam, że treść powinna wzbudzić chwilę refleksji, zwłaszcza pod kątem naszej — tj. polskiej — polityki w stosunku do
niektórych podmiotów życia społecznego w Polsce”.
Zapałowski mówi, że pisząc list, nie miał nic szczególnego na myśli, a już z pewnością nie proponował, by Ukraińcom dokuczyć. Chciał tylko, aby
rząd zastanowił się nad polityką wobec mniejszości.
— W Przemyślu nikt już nie maluje tryzubów na szubienicach, zniknęły obraźliwe napisy — wyjaśnia. — Dziubina zbulwersował społeczeństwo,
naruszył spokój tak bardzo nam potrzebny.
Według Zapałowskiego przemyślanie poczuli się szczególnie urażeni, gdy dowiedzieli się, że mieszkają na ziemiach siłą odebranych Ukrainie.
— Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie w Przemyślu Ukraina? — pyta poseł. — Tak mówi szowinista nawołujący do rewizji granic.
Na dowód posiłkuje się wywiadem udzielonym przez Dziubinę „Angorze”. „Chciałbym — wyznaje tam mitrat — żeby Przemyśl był na Ukrainie, bo
założyli go Rusini”. Następne zdanie: „To tylko marzenia, gdyż obecna granica zupełnie mi odpowiada”, jest dla posła mniej istotne.
— Dwa miesiące temu Ukraińcy przejęli budynek Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej, jedynej tej rangi placówki w naszym regionie —
opowiada Zapałowski. — Nie ma co zrobić ze stu tysiącami eksponatów, a mimo to społeczeństwo jakoś przełknęło jego utratę. Dla szesnaściorga
dzieci w tutejszym liceum ukraińskim buduje się salę gimnastyczną; polskie dzieci mogą sobie o czymś takim pomarzyć. Państwo finansuje
ukraińską gazetę, której każdy numer gloryfikuje UPA. Tymczasem jest orzeczenie Sądu Najwyższego z 1966 roku, że to była organizacja
faszystowska. Niech pan spojrzy na siedzibę kurii unickiej: ogromny pałac, zajmują jedno piętro, resztę wynajmują spółkom, a nie tak dawno mieli
czelność mówić, że są bezdomni. Takiego majątku jak Ukraińcy w Przemyślu nie ma żadna polska organizacja na Ukrainie. Na słowa Dziubiny ktoś
musiał zareagować. Jeśli nie ja, do sprawy wezmą się radykałowie.
Gdy ojciec Andrzej Gut, proboszcz kościoła karmelitów, kazał skuć tryzub z tablicy poświęconej ofiarom UPA, wiele musiał się nasłuchać. Do
ojca Guta napisało Stowarzyszenie Obrońców Pamięci Orląt Przemyskich, do którego należy też poseł Zapałowski: „To właśnie Ojciec Proboszcz,
pełniąc funkcję Przeora Klasztoru, uzgadniał z nami treść i symbolikę tej płaskorzeźby. Łatwo Ojciec zmienia poglądy! [�]. Ojciec może na własne
konto Ťrizunomť wybaczać. Nie ma jednak Ojciec prawa fałszować historii [�]. Czyżby dzisiejsi hierarchowie zakonu karmelitów już zapomnieli,
jak przewrotnie w 1784 r. Ukraińcy wymusili kasację klasztoru w Przemyślu przez cesarza Austro-Węgier? Czy już nie pamiętają, że po zagarnięciu
przy pomocy zaborcy tego kościoła do tej pory usiłują wmawiać całemu światu, że to ich katedra? Czy wszyscy już zapomnieli, że z tego
przywłaszczonego przez Ukraińców kościoła od biskupa Kocyłowskiego szły instrukcje dla popów w całej diecezji o święceniu noży Ťna
Lachówť? Czy wreszcie bohaterska obrona tego kościoła przez garstkę wiernych [zwrot kościoła społeczności ukraińskiej był uzgodniony z
hierarchą Kościoła katolickiego, wspierał to nawet Papież — P.S.] w 1991 r. zainicjowana przez nasze Stowarzyszenie niczego Ojca nie nauczyła?
Kościół obroniliśmy, bo staliśmy na straży prawa kanonicznego i polskiego honoru, czego nie można powiedzieć o niektórych hierarchach
Kościoła katolickiego, otumanionych przez biskupa Iwana Martyniaka — kłamcę i czołowego szowinistę ukraińskiego. Jeśli mord na kilkuset
tysiącach Polaków przez bandytów z formacji tzw. UPA, noszących na czapkach znak tryzuba symbolizujący w oczach Polaków widły, których
używali do mordowania naszych braci, nic dla Ojca nie znaczy, to czy również obojętna dla Ojca jest śmierć męczeńska setek polskich księży —
ofiar tych ludobójców?”.
List stowarzyszenia roi się od bredni i nieścisłości historycznych.
— Sam pan rozumie — ciągnie poseł Zapałowski — że ktoś musiał Dziubinie dać odpór, żeby nie dopuścić do wzrostu napięcia.
— Ależ to, co mówię, to szczera prawda — mówi Dziubina. — Przemyśl jest na ziemiach ukraińskich, do połowy czternastego wieku nie było tu
Polaków. Ukraińcy nigdy nie walczyli z Polakami na polskich ziemiach. To Polacy zabierali nam ziemie etnicznie ruskie, wbijali Ukraińcom nóż w
plecy.
— Myśląc tak, powinniśmy uznać, że Berlin i Hamburg należą do Polski, Czech, Ukrainy lub Rosji, bo te miasta założyli Słowianie.
— Lecz zgodzi się pan ze mną, że Przemyśl ufundowali Rusini — ksiądz jest nieprzekonany — a gdyby nie Orlęta Lwowskie, biali i czerwoni Moskale,
gdyby nie Węgrzy i Rumuni, niepodległa Ukraina mogłaby powstać już po pierwszej wojnie.
I jak tu się z księdzem nie zgodzić?
Ksiądz Dziubina w czasie rozmowy przypomina cytowany w kazaniu dokument o „głupim, bezczelnym, chamskim gadaniu” o pożodze, którą
Ukraińcy zapamiętają „do końca swoich dni”.
— Jak można takie rzeczy przysięgać na Boga, jak można było odtrącić dłoń wyciągniętą do zgody? — pyta z goryczą. — Gdyby nie Polacy, tysiące
ludzi żyłoby w pokoju.
— Polacy nie szukali kompromisu z Ukraińcami, zresztą Ukraińcy podobnie. Ale takim językiem nie jest napisany żaden dokument Polskiego
Państwa Podziemnego — mówię z niedowierzaniem. — A nawet jeśli ksiądz ma rację, dokument nie usprawiedliwia mordów.
— Pismo odnalazł historyk, profesor Wołodymyr Serhijczuk — mówi pewnie ksiądz.
Profesor Serhijczuk jest jednym z historyków uczestniczących w polsko-ukraińskich konferencjach wyjaśniających najtrudniejsze momenty
wspólnej historii. W referacie Stanowisko i los Ukraińców w Generalnym Gubernatorstwie w latach okupacji niemieckiej przypisał autorstwo
dokumentu „kierownictwu polskiego podziemia”.
Cytował też pismo sygnowane przez organizację Obrona Kresów Wschodnich: „Garstka ukraińskich mołojców przybyła z zakonem krzyżackim do
odwiecznego polskiego grodu, gniazda Orląt, i proklamowała niezależność Ťpaństwa ukraińskiegoť. Na czele operetkowego państwa stanęli
mordercy śp. ministra Pierackiego, których tylko przypadek uratował od szubienicy. Polacy! Orlęta! Połóżmy kres hajdamackiej bucie! Polacy!
Walczmy o naszą Ojczyznę, za nasz Lwów ukochany. Hajdamacy i mołojce za Zbrucz!”.
Z Serhijczukiem spierał się profesor Andrzej Ajnenkiel. Powiedział, że w czasie okupacji w Polsce wychodziło do dwóch tysięcy tytułów
nielegalnych gazetek. „Biuletyn Informacyjny” AK miał nawet sto tysięcy nakładu. Ale były i inne pisemka bez większego znaczenia, pojawiały
się i znikały. Można w nich było znaleźć każdą tezę, zarówno rozważną, jak i głupią.
Stanowiska profesora Serhijczuka nie bronili nawet ukraińscy dyskutanci.
Zapytałem księdza mitrata, czemu w homilii tak łatwo prześlizgnął się nad tragedią Wołynia. Odrzekł słowami kazania: — Polacy odtrącili dłoń
wyciągniętą do zgody. — I zaraz dodał: — Wołyń nie wybuchł sam z siebie. Wcześniej na Chełmszczyźnie, na Podlasiu AK przeprowadzała akcje
przeciw ukraińskim działaczom niepodległościowym, nauczycielom, księżom. W Jaworznie siedziałem z synem polskiego pułkownika, osadnika z
Wołynia. Opowiadał, że kiedy we Lwowie po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej ogłoszono powstanie niepodległej Ukrainy, Polacy razem z
Niemcami rzucili się na ukraińskie wsie.
Chwilę pomilczał i spytał:
— Co wspólnego z mordami na Wołyniu mieli polscy Ukraińcy, jak można było brać na nich pomstę? Odpowiedzialność zbiorowa to zbrodnia.
Ksiądz Dziubina znów powiedział prawdę.
— Tu żyją ludzie, którzy oglądali na własne oczy ukraińskie barbarzyństwo — mówi Zapałowski. — Ojciec mojej teściowej był kierownikiem szkoły
pod Birczą. Pojechał do uczniów ze świadectwami, już nie wrócił. Przez kilka dni Ukraińcy nie pozwalali zabrać ciała. Wisiał z tabliczką na szyi, miał
być przykładem, co zrobią z Polakami. Ja, proszę pana, nie mam fobii. Może gdzieś pod Tarnopolem walczyli o Ukrainę. Nie tutaj. Oni nas czyścili.
Czym ich zbrodnie różnią się od hitlerowskich?
— Ale statystyki pokazują, że w Przemyskiem zginęło więcej Ukraińców niż Polaków.
— Fakt. Pamiętajmy jednak, że trwała wojna, przyszły tu oddziały partyzanckie z okolic Lwowa, docierały wieści z Wołynia, a co tam się działo,
wiedzą nawet dzieci. Nie można się dziwić, że w takiej atmosferze doszło do tragedii w Pawłokomie. Homilia Dziubiny tylko judzi. A przecież są
granice, w obrębie których mniejszości narodowe muszą się poruszać. Są rzeczy, których nie wolno popuścić.
— Co wspólnego z Wołyniem mieli polscy Ukraińcy? — powtórzyłem pytanie księdza Dziubiny.
— A czym zawinili Ukraińcom Polacy pod Lwowem i Równem?
Tu poseł Zapałowski również ma rację.
— Przypominam Ukraińcom historię, bo boję się o przyszłość — wyjaśnia ksiądz Dziubina. — Narody pochodzą od Boga, Stwórcy nie wolno
poprawiać. Kto nie zna swoich dziejów, nie wie, kim jest. Zabijano nas, wynaradawiano, zastraszano, a mimo to w czasach dyktatury staliśmy
przy Cerkwi. Dziś nie umiemy poradzić sobie z wolnością. Przed nabożeństwami ludzie mówią po polsku, w przemyskim liceum młodzież na
przerwach mówi po polsku. Cerkiew nic nie może zrobić. Jeżdżę po naszych parafiach, odprawiam nabożeństwa, mówię kazania. Nic nie pomaga.
W Szczecinie jest ze sto ukraińskich rodzin, na religię przychodzi sześcioro dzieci, nic nie rozumieją z naszej mowy. Kiedyś w Krakowie do
kościoła chodziło sto pięćdziesiąt osób, dziś może sześćdziesiąt. Za pięćdziesiąt lat nie będzie nas na tej ziemi.
— Za pięćdziesiąt lat nie będzie Ukraińców w Polsce? — pyta ksiądz Bogdan Drozd, proboszcz greckokatolickiej parafii w Białym Borze. — Nigdy się
nad tym nie zastanawiałem, bo nad tym nie warto myśleć. Takiego problemu po prostu nie ma.
Był w Białym Borze czas, gdy Ukraińcy, choć liczniejsi niż gdzie indziej, bali się przyznać do narodowości. Kiedy lęk odszedł w przeszłość,
trzydziestosiedmioletni proboszcz nie pamięta. Tu nikt nie rysuje tryzubów na szubienicach. Spory są, ale o wystrój nowoczesnej cerkwi.
— Nie jesteśmy tu ani ci źli, ani obcy — opowiada proboszcz. — Zżyliśmy się, na styku dwóch kultur powstaje mieszanka, w której tyle jest polskości,
ile ukraińskości. Nie grozi nam wynarodowienie, jesteśmy zwartą społecznością, może nawet bardziej ukraińską niż przed laty. Gdy powstała
niepodległa Ukraina, nabraliśmy więcej pewności, żyjemy w Polsce, ale mamy wreszcie ojczyznę, nie czujemy się gorsi. Na ulicach słychać nasz
język, na nasze święta polskie ekspedientki mówią mi w sklepie „wesołych świąt”. To także zasługa kazań księdza Dziubiny. Ale Dziubina
zatrzymał się w epoce, gdy łacińscy duchowni nie zezwalali na greckie msze, śluby i pochówki, pamięć represji była świeża, a Ukraińcy bali się
własnego cienia. Wiele się zmieniło, tylko mitrat został taki sam. A może ciąży na nim przemyski klimat, gdzie — inaczej niż w Białym Borze — czas
przeszły jest ważniejszy niż teraźniejszość.
— Ksiądz mitrat nigdy nie był skrajny, zawsze tonował, uspokajał — tłumaczy Józef Myca. Myca, niewysoki, energiczny, sam zarządza czterystu
hektarami dzierżawionego gospodarstwa, a społecznie przewodzi Stowarzyszeniu Ukraińskich Więźniów Politycznych. — Ale jak by pan się czuł,
gdyby na pogrzebie akowców ktoś zapytał: Co to za bandyci? Każdego w takiej sytuacji trafi szlag. Nic dziwnego, że Dziubina nie zdzierżył.
Myca mógł spotkać Dziubinę jeszcze w Jaworznie. Trafił tam wywleczony z pociągu wysiedlanych podczas Akcji „Wisła”. Miał osiemnaście lat,
gdy po rozpuszczeniu batalionu poległego pod Birczą „Konyka” postanowił dołączyć do wywożonej rodziny. Wiek podpowiedział ubekowi, że
pewnie należał do UPA.
W areszcie w Lesku bił go oficer UB, sąsiad z rodzinnej wsi. Nie był okrutny. Bijąc, bardziej twierdził, niż pytał: „Byłeś w UPA?”. Lecz gdy
zauważył, że kijem nie nakłoni do rozmowy, dał spokój.
W Jaworznie już się nie patyczkowali. Kiedy przyjechał do obozu major bezpieki, Myca poskarżył się, że wymuszono na nim zeznania.
— W takim razie nie mają żadnej wartości, zaczniemy przesłuchanie od nowa — rzekł major.
— Powiedziałem wszystko — Myca uprzedził kolejne razy. Zapomniał o skardze, podpisał, co mu kazali.
W barakach w Jaworznie i w celi na Montelupich w Krakowie przesiedział pięć lat. Wspomina więzienną zażyłość z żołnierzami AK; dzięki nim
wielu upowcom udało się przetrwać. Wyszedł w 1952 roku.
— Do organizacji wstąpiłem po szkole podstawowej — wspomina. — Nikt mnie nie zmuszał. Ukraińskie wojsko, nadzieja na własny kraj, pewność, że
nikt nie będzie nas bezkarnie krzywdzić. Jeśli w mojej wsi chłopak nie konspirował, dziewczyny nie chciały z nim chodzić. Dla mnie żołnierze
polegli pod Birczą to koledzy i bohaterowie. Ksiądz mitrat tylko to chciał przypomnieć.
Józefa Mycy nie było na pikulickim pochówku. Ale choć rozumie, dlaczego ksiądz Dziubina powiedział, co powiedział, i ani przez chwilę nie wątpi
w szczerość jego intencji, gdyby przyszło mu przemawiać nad mogiłą poległych, powiedziałby coś innego.
Gdyby Józef Myca miał zabrać głos nad mogiłami poległych pod Birczą i rozstrzelanych w Lisznej, opowiedziałby o podróży do Beresteczka.
Chodził po tamtejszym muzeum upamiętniającym wielką bitwę z 1651 roku, patrzył na stosy kości, setki zbielałych czaszek i naszła go myśl, że
przecież dziś nikt nie wie, która czaszka Lacha, a która kozacka.
— Jak tam spokojnie — opowiada. — Nasi i wasi leżą obok siebie, kości wyglądają jednako. W końcu nastała między poległymi zgoda, tak się zawsze
dzieje. Ale zgodę trzeba budować za życia, ze zgody po śmierci nie ma żadnego pożytku. Siedziałem w polskim więzieniu, Polacy wygnali mnie z
rodzinnego domu. Lecz mieszkam tu, pracuję, skończyłem szkoły. Nie mam do Polski pretensji. W mojej okolicy ludzie wiedzą, że byłem w UPA.
Nie spotkały mnie z tego powodu żadne przykrości. Chciałbym dożyć prawdziwego pojednania, bez wypominania krzywd i liczenia trupów. W
każdym razie ja krzywd rachować nie będę.
Księdzu Drozdowi też nie podobała się pikulicka homilia i wywiad udzielony „Angorze”. Jeszcze na studiach tłumaczono mu, by z rezerwą słuchał
ludzi mówiących „szczerą prawdę”, bo zbyt często nie zauważają, że to tylko ich subiektywna prawda.
— Wystarczy czytać Ewangelię — uważa proboszcz z Białego Boru — by zrozumieć, że kiedy Chrystus rozmawia z człowiekiem, nie wylicza mu win,
lecz podkreśla dobre uczynki. Ksiądz mitrat powinien naśladować Chrystusa, a rachunki krzywd zostawić historykom.
Według bazylianina Marka Skórki słowa Dziubiny, choć prawdziwe w detalach, są w gruncie rzeczy nieuczciwe.
— To już nie te czasy, gdy polskim Ukraińcom potrzebna była apologia własnej historii — uważa. — Takie słowa, choć nawet wypowiedziane w
zbożnej intencji, nie służą niczemu. Pół biedy, gdy staną się pożywką dla ukraińskich i polskich oszołomów. Problemem jest brak reakcji
hierarchów naszego Kościoła. Niech pan pyta w kurii przemyskiej. Powinni zabrać głos.
— Władyki wtedy w Przemyślu nie było, odwiedzał Ziemię Świętą, nie ma władzy nad księżmi emerytami — usłyszałem w słuchawce, gdy
bezskutecznie prosiłem o rozmowę z arcybiskupem Janem Martyniakiem, zwierzchnikiem Kościoła greckokatolickiego. — Szczęśliwie w Polsce jest
już tak, że prawie dziewięćdziesięcioletni człowiek może mówić wszystko, co chce. Zresztą pogrzeb urządziło państwo. Kościół tylko dał kapelana.
— A gdyby podobną homilię wygłosił ksiądz rzymskokatolicki?
— Jak to?
— Gdyby wspominał tylko polskie krzywdy, przemilczając ukraińskie, gdyby cytował wątpliwe dokumenty, gdyby dowodził, że mówi źle o
Ukraińcach wyłącznie dla ich dobra?
— To na pewno byłoby świństwo. Szczęść Boże.

nr 49/2016
E-wydanie
elektroniczna wersja
"Życia Podkarpackiego"
w formacie PDF
przeglądaj
Przejdź na wersję Premium
dostęp do pełnych wersji artykułów
e-wydanie
prenumerata wydania papierowego
sprawdź wersję Premium