Życie Podkarpackie nr 48/2016 Życie Podkarpackie nr 48/2016

Życie Podkarpackie - informacje z regionu Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa, Przeworska

Życie.pl, nr 340/2016, Poniedziałek 5 grudnia 2016 r., Kryspina i Saby
Opublikowano
Przemyśl, Żurawica
Chłopaki z Żurawicy dokopali wermachtowi
Historia ginie wraz z ludźmi, ale na szczęście są tacy, którzy rozumieją jej znaczenie i starają się w jakiś sposób ją utrwalić. Nawet, jeżeli jest to bardzo lokalna historia tak jak wojenny epizod dotyczący klubu Żurawianka.
Ze zbiorów Ryszarda Michalskiego – Zawodnicy i działacze klubu Żurawianka. Fotografia z lat drtugiej połowy lat trzydziestych
fot. Jacek Szwic
Profesor Ryszard Michalski


Ocalona historia

– Z panem Władysławem Stefanikiem spotkaliśmy się na stadionie w dobrym momencie, kiedy była nadzieja na rozwój mojej ukochanej drużyny Żurawianki – opowiada profesor Ryszard Michalski. Okazało się, że Żurawianka nie tylko dla mnie była ważna. Przede wszystkim była dla pana Włodka, którego całe życie, od młodości związane było z piłką kopaną. Rozmawialiśmy o tym nie raz i dziesięć lat temu udało mi się nagrać jego opowieść, w której przybliżył swoją historię i historię klubów Pancerni i Żurawianka. Zawsze interesowała mnie też historia mojej Żurawicy. Ciekaw byłem, jak tu było we wrześniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. 

Niemcy nadchodzą od południa, od strony Przemyśla i od północy, od Radymna, a co się tu działo? Właśnie od pana Włodka usłyszałem, jak to wyglądało. Niemieckie patrole na motocyklach, dużo sprzętu, armaty na pastwisku, ale najciekawsze było to, że już po kilku dniach doszło do pierwszych kontaktów miejscowych z Niemcami. Najpierw były one ostrożne, w końcu doszło do spotkania chłopaków z Żurawicy z wermachtem – do spotkania na boisku i zostały rozegrane trzy mecze, z których dwa wygrała Żurawianka. Uznałem, że to ciekawe i zacząłem zbierać takie historie, opowiadane przez ludzi, którzy jeszcze je pamiętają – kończy profesor Michalski 

Zapis rozmowy, którą dziesięć lat temu Ryszard Michalski przeprowadził z Władysławem Stefanikiem

 Panie Władysławie, kiedy zobaczył pan pierwszego Niemca?

– W tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku miałem szesnaście lat i pamiętam, że w pierwszych dniach września zobaczyłem pierwszych Niemców. To było po południu, akurat wracaliśmy znad Sanu, kiedy wjechali do wioski. Ich motocykle, działa – wszystko było na pastwisku. Żołnierze też tam byli. Po domach wcale nie kwaterowali. Porozstawiali swoje kuchnie i ich patrole pilnowały, żeby tam nie chodzić. Potem widziałem przy drodze na Medykę leżące po rowach rozbite polskie działa i napuchnięte trupy koni, które Niemcy spychali z drogi żeby im nie zawadzały. Ludzie patrzyli na nich nieufnie, ale wielkiego strachu nie było.

Ze zbiorów Lucjana Faca – Władysław Stefanik w berecie pancerniaków i z odznaczeniami zdobytymi w Afryce i na froncie włoskim.
 Dopiero później był, kiedy wojsko poszło dalej pojawiło się gestapo i zaczęło rządzić. Pamiętam, że kiedyś była msza, a oni strzelali koło kościoła. Na klamrach mieli Gott mit uns, a mszy nie potrafili uszanować.

Mówił pan, że rozegraliście z Niemcami trzy mecze. Jak to było?

– Ich żołnierze zajęli całe koszary. My przychodziliśmy na boisko pokopać piłkę i Niemcy z koszar też przychodzili pokopać piłkę. Żurawianka to był taki klub, że każdy zawodnik miał swój sprzęt w domu, więc nie było problemów ze strojami i butami. Mieliśmy koszulki jeszcze ze Związku Strzeleckiego, zielone z biało czerwonym pasem. Przed wejściem do świetlicy, gdzie klub miał siedzibę, stał maszt, a na nim cały czas powiewała flaga w klubowych barwach. Niemcy pewnie myśleli, że to flaga Włoch i pewnie dlatego nie reagowali. W piłce nie trzeba wiele, żeby się dogadać. Znalazł się ktoś, kto umiał po niemiecku i padła propozycja, żeby rozegrać mecz. Na początku października, w którąś niedzielę, po południu wystawiliśmy jedenastkę i oni też. Pamiętam, że u nas grał też mój brat Stefan, Stasio Broda, a innych nie pamiętam. Mecz oglądali niemieccy żołnierze i co odważniejsi miejscowi, między innymi Michał Głowacz, ojciec Kazia Wiecha. Gapiów trochę było. Niemcy grali ostro, ale fair, Niemiec sędziował i wszystko było w porządku. Żurawianka to nie była jakaś najmocniejsza drużyna, ale pierwszy mecz wygraliśmy cztery do trzech. Chłodno wtedy było, trochę padało i po meczu Niemcy poczęstowali nas herbatą z rumem, ale chyba rumu było więcej niż herbaty, bo nieprzyzwyczajony do alkoholu poczułem lekki szum w głowie. Tego samego dnia rozegraliśmy jeszcze dwa mecze. Drugi też wygraliśmy wynikiem dwa jeden i dopiero w trzecim Niemcy byli górą. Ani przed meczem ani po nie było żadnych powitań, podawania rąk, jak to zwykle bywa. Tylko sędzia gwizdnął i już. Potem już nigdy nie graliśmy z Niemcami, bo gestapo zaczęło się tym interesować i pewnie nie chcieli, żeby ich żołnierze mieli jakieś kontakty z nami.

Ze zbiorów JS – Żurawica, wrzesień 1939. O takich obrazach opowiadał Władysław Stefaniak

Wspominał pan jeszcze o włoskiej przygodzie też związanej z piłką?

 – Kiedy trafiłem z Andersem do Włoch, to po wojskowych zajęciach chodziłem na stadion, żeby popatrzeć na mecz. Pewnego razu usiadłem na trybunie na najniższych ławkach i oglądam, jak Włosi kopią piłkę. Piłka przyleciała do mnie i kopnąłem ją na boisko. Wtedy przyszedł Włoch i zapytał, czy ja umiem grać. Trochę na migi, a trochę po włosku powiedziałem, że tak, ale nie mam butów. Wtedy wzięli mnie do szatni, dali buty i zagrałem w sparingu, a oni mówią: – Ty dobrze grasz. W niedzielę gramy w Porto Recanati Loreto, zagraj w naszej drużynie. Ja im na to, że przecież nie znam włoskiego, a oni, że nie szkodzi, bo powiedzą, że jestem głuchoniemy. Wygraliśmy ten mecz i miałem przyjaciół do końca pobytu we Włoszech.

Od autora

Dzisiaj przy uproszczonej, czarno-białej interpretacji historii fakt, że w 1939 roku chłopcy z Żurawicy grali w piłkę z Niemcami, może wywołać ambiwalentne uczucia. Trzeba jednak wiedzieć, że działo się to, kiedy żywa była pamięć pierwszej wojny, podczas której jeszcze przestrzegano pewnych zasad. Walczyły ze sobą armie, a ludność cywilna wprawdzie cierpiała, ale nie była obiektem prześladowań czy planowych eksterminacji. W pierwszych dniach wojny do Żurawicy jeszcze nie dotarły informacje o zbrodniach Niemców ani o planach Hitlera. Kiedy żołnierze 7. Monachijskiej Dywizji Piechoty zrzucili mundury i w sportowych strojach wyszli na boisko, niewiele różnili się od chłopaków z Żurawianki, którzy mieli tyle samo lat. A w piłce – jak mówił Stefanik – nie liczyła się narodowość i język, tylko umiejętność gry i przestrzeganie zasad fair play. Wtedy jeszcze panował duch olimpijski i na czas rozgrywek sportowych obowiązywało zawieszenie broni.

Władysław Stefanik urodził się w 1922 roku w Żurawicy. W 1940 roku podczas przekraczania granicy na Sanie został złapany przez Sowietów i wywieziony na Sybir. W 1941 roku dotarł do Tockoje w ZSRR, gdzie formował się 6. Dywizyjny Batalion Strzelecki „Dzieci Lwowskich”. Rok później, już w mundurze dotarł do Iranu, a potem do Iraku gdzie po przeszkoleniu jego Batalion przemianowany na 6. Batalion Czołgów „Dzieci Lwowskich” został włączony w skład 2. Brygady Czołgów. Potem był Egipt i wreszcie Włochy, bitwa o Monte Cassino, zdobywanie Ancony. W 1945 roku został ranny. Do rodzinnej Żurawicy wrócił w 1947 roku. Przez wiele lat był zawodnikiem, potem trenerem i działaczem Żurawianki. Zmarł w 2010 roku.

0 Komentarzy
user
skomentuj
Komentujesz jako:
nr 48/2016
E-wydanie
elektroniczna wersja
"Życia Podkarpackiego"
w formacie PDF
przeglądaj
Przejdź na wersję Premium
dostęp do pełnych wersji artykułów
e-wydanie
prenumerata wydania papierowego
sprawdź wersję Premium
Sonda
Prezenty z okazji mikołajek lub pod choinkę...
  • Kupuję on-line
  • Wynajduję w małych sklepikach lub centrach handlowych
  • Stawiam na bony podarunkowe
  • Sam tworzę