– Ktoś wydał miliony złotych na budowę jazu potrzebnego rybom do migracji w dół Sanu, ale w tej rzece już prawie nie ma ryb! Teraz ktoś mówi o unijnym projekcie „Błękitny San”. A to, co wyprawia żwirownia w Obarzymiu (powiat brzozowski), wypuszczając otwartym kolektorem ścieki przemysłowe do Sanu, nie mieści się z głowie. Dlaczego przez lata nikt z tym nic nie zrobił?! – zastanawia się zapalony wędkarz, przemyślanin Robert Wrona.
Robert Wrona i inni wędkarze są bezradni i jednocześnie zszokowani bezradnością organów samorządowych, pozwalających na – ich zdaniem – systematyczne zanieczyszczanie Sanu poprzez eksploatację żwirowni usytuowanych w okolicach Dynowa. – Jestem jedną z setek osób przerażonych skalą problemu, o którym nikt głośno nie chce mówić – mówi Robert Wrona.– Łowię od trzydziestu lat. Od dziesięciu trwa ten proceder. Zawsze pojawia się na wiosnę. Kiedy wodę puszcza zapora w Solinie albo kiedy pojawiają się pierwsze burze, żwirownia w Obarzymiu wpuszcza ścieki do Sanu! W Uluczu, czyli kilka kilometrów wyżej Obarzymia, woda jest krystaliczna. Niżej zaczyna się mleko. W Przemyślu, czyli sześćdziesiąt kilometrów od tej żwirowni, woda przypomina białą zawiesinę. W Dynowie jest jeszcze gorzej. Tam jest maź. Jak do tego doszliśmy? Schodziliśmy kilometry brzegiem Sanu i wreszcie wynykaliśmy. Koledzy z Dynowa zrobili dokumentację, przede wszystkim fotograficzną i złożyli ją w przemyskim oddziale Polskiego Związku Wędkarskiego. Na tym odcinku zupełnie nie ma tarlisk. Z tego odcinka znikł już lipień, sandacz, pstrąg czy głowacica. Nie ma żadnych owadów. Skandalem jest fakt, że zakład, który wypuszcza do rzeki tony ścieków, ma się samokontrolować! Sam ma wykonywać pomiary ilości i jakości odprowadzanych przez siebie ścieków i wyniki przedstawiać Wojewódzkiemu Inspektoratowi Ochrony Środowiska w Rzeszowie. Tak stanowi polskie prawo – dodaje R. Wrona.
Stanisław Hadam z Dynowa potwierdza te słowa. – Żwirownia w Obarzymiu od lat zatruwa San. Ryby już ledwo dyszą. Kiedyś nad Sanem w Dynowie były tłumy, teraz nie ma nikogo. Ludzie zapomnieli, jak wygląda czysta rzeka. Kiedy w latach 90. zeszłego wieku posłem był Stanisław Duda z Dynowa i interweniował w tej sprawie, przez trzy lata był spokój. Przestał być posłem i sytuacja wróciła do normy. W Obarzymiu mają bardzo mały osadnik, a płuczą wielkie ilości żwiru. Kiedyś z kolegą wybraliśmy się pod żwirownię, nawet zakręciliśmy spust. Widzieliśmy na własne oczy, co leci do Sanu – stwierdził.

fot.Mariusz Godos
Na budowę przepławki dla ryb wydano miliony unijnych złotych. Wędkarze twierdzą, że niepotrzebnie, bo w Sanie praktycznie nie ma już ryb.
Władze mówią, że jest okej
– Władze samorządowe twierdzą, że wszystko jest w porządku. Mówią, że San tyle lat płynął, to będzie płynąć dalej. A w Sanie nie ma ryb! Tarła zostały rozbite. Zarybianie jest minimalne. Jesteśmy bezradni – potwierdza dyrektor biura przemyskiego oddziału Polskiego Związku Wędkarskiego Bogumił Antoniewski. – Proszę sobie wyobrazić tysiące metrów sześciennych płukanego kruszywa tuż nad brzegiem rzeki. Przecież nie ma takiej możliwości, aby do rzeki nie przedostały się nieczystości. 30 marca wystąpiliśmy do marszałka województwa podkarpackiego o cofnięcie pozwolenia wodnoprawnego dla zakładu w Obarzymiu. Czekamy na odpowiedź – wyjaśnił.
– Naszą winą jest to, że nie oddaliśmy sprawy do prokuratury. I to nawet nie tych zakładów, a instytucji państwowych, które na taki proceder wydały zgodę. Ludzie nie patrzą na wodę. Zauważają, że coś jest nie tak, kiedy w lipcu idą nad San, wchodzą do wody po kostki, a nic w niej nie widać. Tłumaczą to sobie Soliną lub intensywnymi deszczami w górnym biegu rzeki. A to pokłosie wpuszczanych do rzeki ścieków przemysłowych – dodaje cytowany wcześniej Robert Wrona.
Zakład dostał mandat karny
Wędkarze wielokrotnie interweniowali w Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska w Rzeszowie. Słali dziesiątki pism. Po jednym z nich, we wrześniu 2013 r., przedstawiciele WIOŚ przeprowadzili kontrole w żwirowniach położonych wzdłuż rzeki San, od miejscowości Ulucz, do Nozdrzca w powiecie brzozowskim. Dokonali wizji lokalnej w 7 zakładach. Oględziny wykazały, że tylko w jednym – Przedsiębiorstwie Produkcyjno-Handlowym „Krusz-Bet” sp. z o.o. w Obarzymiu – ścieki z płukania żwiru odprowadzane były do Sanu. Spływały otwartym kolektorem po wcześniejszym oczyszczeniu w dwukomorowym osadniku. Wizja dowiodła, że mimo „czyszczenia” do rzeki trafiały duże ilości zawiesiny. A pokontrolne ustalenia wykazały, że zakład nie przedkładał staroście brzozowskiemu wymaganych samokontrolnych wyników pomiarów ilości i jakości ścieków wprowadzanych do wód rzeki San za lata 2012 – 2013. Zakład otrzymał mandat karny i nakaz zwiększenia nadzoru nad pracą urządzeń oczyszczających ścieki przemysłowe.
Skontaktowaliśmy się z Jolantą Cibą z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Rzeszowie, odpowiedzialną za kontakt z mediami. Drogą e-mailową (takie było życzenie) zadaliśmy kilka pytań: czy od stycznia 2014 r. zakład w Obarzymiu był przez nich kontrolowany, jeśli tak, to jakie były wyniki kontroli, dlaczego na 7 zakładów prowadzących działalność w zakresie wydobywania i uszlachetniania kruszywa w dolinie rzeki San tylko „Krusz-Bet” cały czas odprowadza do rzeki ścieki z płukania żwiru, czy – zdaniem WIOŚ –takie sytuacje jak odprowadzanie ścieków przemysłowych otwartym kolektorem do rzeki San jest normalnym działaniem na terenie Obszaru Natura 2000 i wreszcie jak te działania mają się do planowanego projektu „Błękitny San”, który finansowany będzie w dużej mierze z Unii Europejskiej? Do tej pory nie otrzymaliśmy odpowiedzi. To nieprawdopodobne, aby przez tydzień nie znaleźć odpowiedzi na pytanie, czy kontrola zakładu była czy nie!

fot.Mariusz Godos
Jaz piętrzący wodę na Sanie w Przemyślu.
To WIOŚ ma kontrolować
Na brak samokontrolnych wyników Starostwo Powiatowe w Brzozowie nie reagowało. Nie można stwierdzić, że nie miało o tym pojęcia, bo to właśnie starosta brzozowski Zygmunt Błaż wydał zakładowi pozwolenie wodnoprawne, na podstawie którego spółka z Obarzymia może pobierać z Sanu wodę, płukać kruszywo i z powrotem oddać wodę rzece. W 2012 r. w ramach Państwowego Monitoringu Środowiska WIOŚ wykonał badania jakości wody w Sanie między Dynowem i Przemyślem. W wyniku przeglądu tzw. warunków hydromorfologicznych woda uznana została za silnie zmienioną.
Naczelnik Wydziału Środowiska i Rolnictwa Starostwa Powiatowego w Brzozowie Kazimierz Filar: – Nie jesteśmy organem kontrolnym. Takim jest Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska. Rzeczywiście, zakład w Obarzymiu kilka razy nie przedstawił samokontrolnych wyników pomiarów. Wystąpiliśmy o przygotowanie ekspertyzy oddziaływania zakładu na rzekę. Biegły ichtiolog stwierdził, że działalność może być w dalszym ciągu prowadzona. Otrzymali ponownie pozwolenie wodnoprawne. Nie mieliśmy podstaw, aby takiego pozwolenia im nie wydać. Takie są przepisy w Polsce. Jeśli WIOŚ zwróci się do nas, dokumentując nieprawidłowości, wówczas możemy zaostrzyć rygory.
Prezes spółki „Krusz-Bet” z Obarzymia nie był zbyt rozmowny. – Pan naczelnik udzielił chyba wyczerpujących informacji na ten temat. Wszystko robimy zgodnie z prawem. Mamy na swoją działalność pozwolenie wodnoprawne. Dziwi mnie, że są osoby, które chcą w tej kwestii cokolwiek podważać.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.A co wyprawia żwirownia w podprzemyskim Ostrowie? Zezwala np. na mycie na swoim terenie ciężarówek przyjeżdżających po kruszywo (udostępnia szoferom wodę pod ciśnieniem a ci myją swoje ociekające smarami i ropą pojazdy a wszystek syf spływa do pobliskich jeziorek, zanieczyszcza grunt a i pewnie częściowo przedostaje się do Sanu)
Zniszczymy wszystko liczy się tylko kasa czekam aż się wybijemy wszyscy porażka
a oczyszczalnie te wieksze czy miejszę, nikt nie spawdza co tam sie wyprawia poza okresowymi badaniami, które zazwyczaj są przygotowane, sam pracowałem na takiej oczyszczalni i za dnia było ok ale zbiorniki nie są wstanie przerobić i nocami sie puszczało osad wprost do koryta....
Robert problem nie jest tylko w żwirowni wystarczy w lecie zorganizować spływ pontonami i zobaczyć jak sterczą rury z brzegu a smród od strony Wapowiec Ostrowa to koszmar albo jak to dzisiaj modne MASAKRA gdzie są ludzie odpowiedzialni za tą Piękną dolinę Sanu Pozdrawiam tak trzymaj
Gdy w minionym roku zawiadomiłem przemyski Sanepid o tym jak to w Wapowcach jeden typ spuszcza szambo do rowu tuż przy drodze głównej, inspektorzy nie stwierdzili znamion czynu zabronionego (a rura z kapiącymi fekaliami była wyraźnie widoczna a fetor wyczuwalny). Wtedy dotarło do mnie, że jak mawiał klasyk "to państwo istnieje tylko teoretycznie".
Ryby migrują nie tylko w dół Sanu, lecz także i w górę, i są to migracje związane z poszukiwaniem pokarmu i lepszych warunków siedliskowych, jak i migracje związane z rozrodem. Przepławka jak widać spełnia swoje zadanie, skoro ryby z Przemyśla i okolic stąd wyemigrowały i jak sądzę właśnie w górę rzeki. Wystarczy popytać wędkarzy z Dynowa i okolic, a brak ryb u nas zapewne się wyjaśni. Nie tylko mieszkańcy miasta jak widać stąd emigrują :)
Robert ryba w sanie juz dawno przestala brac za to na granicy celnicy biora coraz wiecej to kumple po profesji prawda
stary jedż nad ebro
A co wyprawia żwirownia w podprzemyskim Ostrowie? Zezwala np. na mycie na swoim terenie ciężarówek przyjeżdżających po kruszywo (udostępnia szoferom wodę pod ciśnieniem a ci myją swoje ociekające smarami i ropą pojazdy a wszystek syf spływa do pobliskich jeziorek, zanieczyszcza grunt a i pewnie częściowo przedostaje się do Sanu)
Zniszczymy wszystko liczy się tylko kasa czekam aż się wybijemy wszyscy porażka