Życie Podkarpackie nr 49/2016 Życie Podkarpackie nr 49/2016

Życie Podkarpackie - informacje z regionu Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa, Przeworska

Życie.pl, nr 343/2016, Czwartek 8 grudnia 2016 r., Marii i Wirgiliusza
Opublikowano
Region
Mamut węgierski
Spotkałem go po latach. Zmienił się nie do poznania. Pomarszczona twarz, przerzedzona mocno i posiwiała hera. Z dawnej muskulatury pozostały jedynie mocne przedramiona. Reszta, już mocno sfatygowana, ledwie trzymała fason. A przecież było tak pięknie. Pół wieku temu był jak król ulicy. Budził podziw i respekt. Na parafii, gdzie regularnie odbywały się bijatyki , wyróżniał się sylwetką i lekko zwichrowanym poczuciem humoru, ale przede wszystkim siłą.
Wypracowane metodą  Sandowa mięśnie groźnie napinały się, kiedy trzeba oraz bez powodu. Nosił pas skórzany z klamrą „MW” i wyglądało to dość zagadkowo.  Ponieważ był od nas starszy parę lat, długo zastanawialiśmy się, czy wypada go zapytać, co oznacza ten skrót na klamrze. Wreszcie ktoś zdobył się na odwagę. Odpowiedź była krótka: „Mamut Węgierski”. Taki był. Potem dowiedzieliśmy się, że to pas marynarki wojennej. Ale wtedy ta odpowiedź dodawała tajemniczości i głębi jego postaci. Nie raz, nie dwa zdarzało się, że bywało groźnie. Ulica nie należała do bezpiecznych. 
Jeśli już ktoś zdecydował się tamtędy przejść, musiał się liczyć z wizytą w aptece albo na pogotowiu. Jeśli nie biegał szybko albo nie był milicjantem, mógł zarobić deko pod oko albo więcej. Tak to wyglądało. Młodsi patrzyli więc z podziwem, jak MW staje w obronie słabszych, ale też rozdaje razy, kiedy młokosy nie potrafią sobie poradzić z delikwentem. Na ulicy panowały proste zasady. Wygrywał silniejszy. Małolatów obowiązywał swoisty test lojalności. Jak ktoś nie wybił szyby w bramie albo nie stłukł lampy w korytarzu, bądź nie wsławił się czymś tak wyjątkowym – nie liczył się w tym towarzystwie. 

A on od czasu do czasu wychodził na ulicę, prężył muskuły i doglądał troskliwym okiem, czy wszystko gra. Krążyły legendy, że w domu ma kolekcję sztang i hantli, które bez przerwy dźwiga i podnosi. Popularna wtedy pozycja ABC młodego siłacza i zamieszczane tam zdjęcia atletów pasowały jak ulał do jego konstrukcji fizycznej. Wszystko się zgadzało. Nauczył nas paru chwytów, kilku sprośnych piosenek, demonstrował, jak zapalić papierosa i takie tam. Kiedy spotkałem go po latach, był jak złamane drzewo, które wcześniej potargał niejeden wicher. Opowiadał o swoich kłopotach zdrowotnych i rodzinnych. Radził się. Poczułem się nieswojo. Jakby ktoś odebrał mi kawałek dzieciństwa. Nagle spojrzał na mnie przenikliwie. Wtedy zrozumiałem, że jedno się tu nie zmieniło. W tych oczach dalej można było odczytać dumę. Mamut węgierski nie poddał się. Kiedy wychodził, odprowadziłem go wzrokiem. Pochylony, stary, ale nadal jakby ten sam. Odnalazłem w sobie spokój. Szanujmy wspomnienia.

0 Komentarzy
user
skomentuj
Komentujesz jako:
nr 49/2016
E-wydanie
elektroniczna wersja
"Życia Podkarpackiego"
w formacie PDF
przeglądaj
Przejdź na wersję Premium
dostęp do pełnych wersji artykułów
e-wydanie
prenumerata wydania papierowego
sprawdź wersję Premium