Życie Podkarpackie nr 49/2016 Życie Podkarpackie nr 49/2016

Życie Podkarpackie - informacje z regionu Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa, Przeworska

Życie.pl, nr 346/2016, Niedziela 11 grudnia 2016 r., Damazego i Waldemara
Opublikowano
30 lat po
Minęła niedawno trzydziesta rocznica katastrofy w Czarnobylu i jakoś trudno mi się uwolnić od wspomnień i refleksji z nią związanych. Być może dlatego, że była to pierwsza w moim życiu katastrofa, której konsekwencje mogły dotknąć mnie osobiście: nie zdarzyła się hen, gdzieś za oceanem, ale tu, niedaleko. Pamiętam swoje niedowierzanie, poczucie grozy i zarazem absurdu, jakie towarzyszyło mi w tamtych dniach.

Jeszcze zanim pojawiły się oficjalne i spóźnione komunikaty prasowe, rozchodziła się jakaś dziwna fama, oparta na niedomówieniach i domysłach. Ktoś usłyszał coś w zachodnim radio, ktoś dowiedział się, że dzieci funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa piją przymusowo płyn Lugola. Atmosfera nieznanej do tej pory grozy gęstniała, zwłaszcza że w ostatnich dniach kwietnia niebo zrobiło się jakoś nienaturalnie, intensywnie niebieskie. W przededniu majowego święta dowiedzieliśmy już oficjalnie o „awarii” i wtedy poczucie absurdu i groteski zaczęło gwałtownie rosnąć.

Święto Pierwszego Maja, mimo rozkosznego słońca i absolutnie bezchmurnej pogody, nie zachęcało do udziału w pochodzie. Myśl o tym, że ktoś w ogóle mógłby maszerować pod radioaktywnym niebem, już wtedy budziła mieszane uczucia – dla jednych pochód 1-majowy A.D. 1986 był dowodem na zakłamanie partyjnej propagandy, dla innych potwierdzeniem, że w tym całym Czarnobylu nic takiego się nie stało, skoro władze różnego szczebla zachęcają (lub zmuszają) do udziału w pochodzie.

W tym samym czasie miał się rozpocząć kolarski Wyścig Pokoju, który zwykle odbywał się pomiędzy Warszawą, Pragą i Berlinem, ale w 1986 zaplanowano rozszerzenie jego trasy o terytorium ZSRR, a konkretnie o wyścig uliczny w Kijowie. Po informacji o awarii, która miała miejsce w pobliżu ówczesnej stolicy USRR, zachodni kolarze wycofali się hurtowo, natomiast ich koledzy z krajów socjalistycznych musieli pojechać, aby się ścigać. Pamiętam wrażenie grozy i farsy podczas transmisji z tego wyścigu, kiedy patrzyłem, jak nieliczna grupka kolarzy przemyka po absolutnie pustych ulicach objętego kwarantanną Kijowa. A jednocześnie myślałem uparcie, że nikt przecież  nie wysłałby sportowców w miejsce, gdzie coś zagraża ich życiu.

Wreszcie przypominam sobie audycję w TVP, poświęconą awarii. Uczestniczyli w niej różni rządowi eksperci, którzy oczywiście uspokajali widzów i przekonywali, że wszystko jest OK. Mnie utkwiła w pamięci zwłaszcza pewna lekarka, która stwierdziła, że ona to się nawet cieszy z tej całej awarii, bo teraz dzieci będą częściej myć ręce i głowy (takie środki bezpieczeństwa nam zalecano). Absurdalność tej wypowiedzi i jej pełen pogardy dla zwykłych ludzi ton sprawiły, że coś mi się w głowie przestawiło. Zrozumiałem, że ludzie władzy w ogóle nie troszczą się o nasze życie i zdrowie, że są w stanie szafować losem wszystkich obywateli, byle tylko utrzymać się na wierzchu, byle tylko ich pan był zadowolony.

Wydaje mi się, że w tym czasie podobnie poczuli wszyscy w Polsce: że władza bez problemu poświęci nas wszystkich w imię swoich interesów. I być może to powszechne poczucie było prawdziwym początkiem końca PRL. Zresztą dla każdej władzy byłoby ono początkiem końca.
1 Komentarz
user
skomentuj
Komentujesz jako:
user
Ozzman 94.40.75.12 01.05.2016

Ja przyznam się szczerze, iż jak nastąpiła cała ta katastrofa to jako młody szczyl nie zdawałem sobie sprawy z całej dramaturgii i zgrozy tego zdarzenia. Pamiętam za to jeden zabawny, niecodzienny i z lekka dramatyczny incydent, który wydarzył się chyba jeden dzień po całym incydencie w elektrowni w Czarnobylu. A mianowicie w tym dniu wybrałem się, wraz z dwoma fumflami, w godzinach popołudniowych do przychodni na 3 maja aby wypić uf tajemniczy  płyn o nazwie Lugola, jak zwał tak zwał, syf niesamowity. Wracając tą

samą trasą, już po wypiciu tegoż syfilisu jeden z moich fumfli jednym płynnym rzygiem opróżnił, na ulicę, całą zawartość żołądka czyli cały zjedzony wcześniej obiad z zupą na czele, zdaje się pomidorówką, a wszystko to zaprawione płynem o nazwie Lugola oczywiście. Widoku tego pawia i jego smrodu nie zapomnę po dziś dzień. Jeszcze jako ciekawostkę dodam, że koleś, który dokonał tego spektakularnego wyczynu miał ksywkę, nomen omen, świnia !!!

nr 49/2016
E-wydanie
elektroniczna wersja
"Życia Podkarpackiego"
w formacie PDF
przeglądaj
Przejdź na wersję Premium
dostęp do pełnych wersji artykułów
e-wydanie
prenumerata wydania papierowego
sprawdź wersję Premium